Rottweiler

Rottweiler

czwartek, 21 lipca 2016

Szósty dzień wakacji z Demonem (mino zoo, jezioro Żarnowieckie, Bychowo, szkatuła)


Jezioro Żarnowieckie, Bychowo, mini zoo

Rano znowu spotkałam kucharza, z którym zamieniłam kilka zdań, zapytałam go między innymi o pobliską nadmorską miejscowość. Kucharz stanowczo odradził mi Białogórę twierdząc, że jest to miejsce zapełnione turystami. Stwierdziłam, że trochę szkoda i postanowiłam znowu zabrać Demona nad jezioro, niestety tym razem nie byliśmy sami. Około godziny 13.00 pojawiła się dość hałaśliwa rodzina, która muszę przyznać była strasznie denerwująca. Wszystko rozumiem, ale grillowanie i darcie się w wniebogłosy nad jeziorem jest już lekką przesadą. Nie każdy jednak potrafi docenić ciszę i uroki takich zapomnianych miejsc. Widocznie ja i Demon jesteśmy kosmitami bo lubimy odpoczywać w ciszy. 








Po godzinie hałasów, bieganiny, zapachu kiełbasy i kanapek w cylofanie postanowiłam, że pojadę z Demonem na obiad, a później pozwolę mu odpocząć bo wieczorem miałam ochotę wybrać się na dłuższy wieczorny spacer. Oczywiście zaczęliśmy od przejścia się po terenie  parku i odwiedzenia mini zoo, które się w nim znajduje. Demon wyraźnie polubił się z kozą, jednak z jej sąsiadem już nie koniecznie. Muszę przyznać, że najbardziej jednak spodobały mu się króliki oraz gołębie, którym lubił się przyglądać. 








Na terenie mini zoo są chińskie świnki, owieczki, króliki, gołębie, koza i wiecznie głodny koziołek, który tylko czeka, żeby dać mu coś do zjedzenia. Odchodząc nieco dalej w kierunku stajni można zauważyć dwa konie. Jeden należy do matki właściciela, drugi do zaprzyjaźnionego gospodarza jak się niestety domyślacie nie można na nich pojeździć. Jednak jak dowiedziałam się od jednej z Pań spędzających urlop w Bychowskim dworze w pobliskich miejscowościach jest conajmniej kilka stadnin, w których prowadzone są lekcje nauki jazdy konnej. 


koleżanki są dość płochliwe, zawsze przyglądają się zwiedzającym z pewnej odległości

Bychowska koza, z którą Demon nawet się zakolegował



Z jej sąsiadem jednak się nie polubił 

na terenie boksu znajdują się 2 króliki, reszta jak udało nam się zaobserwować uciekła i hasa sobie po parku





Zdradzę Wam pewien sekret. Zupełnie niedawno, dowiedziałam się, że pod synem sławnego ''Władka'' ukryta jest sekretna skrzynka, w której znajdują się najróżniejsze skarby. Dla tych, którzy nie pamiętają przypomnę, że ''Władek'' to zabytkowy i niewątpliwie najsławniejszy dąb rosnący na terenie parku okalającego Dwór w Bychowie. Z tego co udało mi się dowiedzieć wiele osób wyrusza na poszukiwanie ukrytej skrzynki. W szkatule często nie ma niczego do pisania więc, żeby móc pozostawić po sobie jakiś ślad najlepiej wyposażyć się chociażby w długopis. 










Jak mogliście zauważyć już wcześniej Demonowi największą radość sprawia bieganie oraz przesiadywanie w zbożu. To zdecydowanie jedno z jego ulubionych zajęć dlatego na pobliskie pola starałam się z nim wychodzić przynajmniej dwa razy dziennie, a zdarzało się i częściej. Przechadzając się drogami rozjeżdżonymi przez traktor zauważyłam ślady nie tylko żurawi, ale i saren. Początkowo poszliśmy ich śladem, później jednak zmieniliśmy kierunek. 




Tradycyjne selphie :)





śladami żurawi

Zawracając postanowiłam zabrać Demona w zacienione miejsce, żeby trochę odpoczął zanim wrócimy do ośrodka. W końcu znowu miał dzień pełen wrażeń. Po powrocie do hotelu zostawiłam Demona w pokoju, a sama udałam się do restauracji na kawę. Z jakiś powodów lubiłam pić kawę na tarasie. Ten spokój, cisza, odgłos płynącej rzeki chyba to sprawiało, że zwyczajnie chciało się tam wracać. 








ślady sarny









Piąty dzień wakacji z Demonem


Dzisiaj postanowiłam, że ponownie zabiorę Demona nad jezioro, na naszą bezludną, prywatną plażę. Zwłaszcza, że pływanie w przypadku dysplazji niesie za sobą same korzyści : nie obciąża stawów, buduje mięśnie, a i pies jest wyraźnie zadowolony kiedy może się w niej bezkarnie popluskać. Oczywiście zaczęliśmy jak zwykle, rutynowo od spaceru po polach, a później siedzenia w naszej ulubionej samotni, która jak się okazało nie jest tylko nasza. Szef kuchni też uwielbia tam przesiadywać, jednak uprzejmie podzielił się dzisiaj z nami tym miejscem :) Wdałam się z nim w bardzo długą i ciekawą rozmowę. Był nieco zaskoczony kiedy zobaczył, że rottweilery lubią ryć w ziemi. Jedna z naszych znajomych stwierdziła, że twarz Demonowi na wakacjach nie odpocznie bo ciągle pracuje w ziemi. Muszę przyznać, że coś w tym jednak jest :)
















Nad jeziorem było bardzo cicho i spokojnie, poza paralotnią i dosłownie dwoma rowerzystami przejeżdżającymi niedaleko nikt się tam dzisiaj nie kręcił. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie taki stan rzeczy martwił, ponieważ spokojnie mogłam się zająć moimi sprawami. Miałam nadzieję, że uda mi się zacząć czytać 3 książkę o psim behawioryzmie i w zasadzie zacząć mi się nawet udało, sęk w tym, że za każdym razem kiedy zaczynałam Demon czegoś ode mnie chciał. Uparł się też żeby kopać zawsze akurat tam, gdzie akurat ja się rozłożyłam, zupełnie jakby robił to złośliwie. Jak się domyślacie lekturę szybko zakończyłam i stwierdziłam, że zacznę ją czytać później na spokojnie. 










Wracając z nad jeziora pojechaliśmy do naszej zaprzyjaźnionej restauracji na obiad oraz po to, żeby zrobić zakupy w pobliskim sklepie. Nigdy nie zabieram psa na zakupy, a już na pewno nie pozostawiam go uwiązanego przed sklepem skazując na niebezpieczeństwo pogryzienia, kradzieży czy pobicia przez jakiegoś psychopatę. Tu jednak było inaczej, ponieważ na dworze w Bychowie psy nie mogły pozostawać same w pokojach kiedy goście gdzieś wyjeżdżali. Poza dość wąską kartą dań była to właściwie jedyna uciążliwość z jaką się tam spotkaliśmy. Problem rozwiązałam dość szybko. Po obiedzie zostawiałam psa w samochodzie, który był postawiony zawsze pod wielkim drzewem w cieniu, na terenie restauracji. Uchylałam okna, zostawiałam psu wodę i kilka smaczków dla zabicia czasu i z zegarkiem w ręku biegłam do pobliskiego sklepu na zakupy. Całość licząc od pozostawienia psa, aż do powrotu zajmowała mi od 4 min do 6 min, nigdy nie trwało to dłużej. Po prostu uważam, że w dzisiejszych czasach pies niestety nie jest bezpieczny zwłaszcza ten uwiązany pod sklepem dlatego jeśli już jesteśmy zmuszeni zabrać go z sobą to zakupy powinny zadbać o jego bezpieczeństwo. Ja poprosiłam, żeby w miarę możliwości zerkała na niego zaprzyjaźniona obsługa restauracji. 












Po powrocie do hotelu trafiliśmy na kucharza, który już na wstępie przywitał nas słowami ''jak to dobrze widzieć rottweilera, który nie jest spasiony i nie ciągnie brzucha po ziemi''. No nie powiem zrobiło mi się miło, głównie dlatego, że ktoś w ogóle wiedział co to za rasa. Dotychczas często słyszałam teksty typu : 

- ''jak biegł z góry to myślałem, że to rottweiler, ale jak podszedł to pomyślałem sobie, że jednak nie''
- ''o jaki ładny buldog'', 
- ''Justyna kupiłaś Owczarka Niemieckiego ?'', 
- ''śliczny pies, to jest ten, no ten, no labrador'', 
- ''o jaki fajny pies, kiedyś takiego miałem, to doberman co nie ?'', 
- ''nie możesz pogłaskać pieska bo to jakaś mieszanka rottweilera, albo nawet czysty rottweiler, to bardzo niebezpieczne psy, hodowane do obrony, zawsze przed nimi uciekaj'', 
- ''to nie jest prawdziwy rottweiler prawda, bo taki jakiś mały'' (zastanawiam się jaki powinien być kilkumiesięczny szczeniak rottweilera ich zdaniem skoro ponad 36 kg to mało, no, ale....), 
- ''o boże, o boże morderca'', 
- ''zje mnie ?'', 
- ''a to nie rasowy, nie ?'', 

a to tylko najciekawsze z nich, kiedyś zrobię o tym osobny post. Wracając jednak do kucharza, Pan był tak zachwycony, że wreszcie zobaczył psa, a nie cytuję ''karmę dla węży'', że Demona wymiział, wygłaskał i wyklepał za wszystkie czasy. Oczywiście ja tradycyjnie wdałam się w dyskusję o psach, rasach oraz chorobach genetycznych. Siedzieliśmy przy stoliku chyba z dobrą godzinę. w międzyczasie na taras wyszło kilkuletnie dziecko z mamą i niemal od razu zwróciło uwagę na Demona. Co mi się spodobało to to, że mama dziecka była jak się okazało całkowicie normalną osobą, nie wpadła w panikę i nie szarpała dziecka tylko zupełnie spokojnie wytłumaczyła mu, że cytuję ''nie podchodź do pieska, ponieważ jest duży i mógłby Cię przewrócić. Zanim pogłaskasz jakiegokolwiek pieska musisz zapytać właściciela czy możesz to zrobić, ponieważ nie każdy piesek lubi być głaskany''. Fajnie, że choć ktoś nie sieje w dziecku paniki, nie denerwuje psa tylko spokojnie tłumaczy. Szkoda, że tak nie wielu ludzi to robi. Zastanawia mnie z czego wynika fakt, że ludzie nie tłumaczą dzieciom, że zanim wyciągnie się ręce do psa należy zapytać właściciela czy można to zrobić. Nie każdy pies to lubi, nie każdy czuje się komfortowo i bezpiecznie, gdy ktoś obcy go dotyka. Przecież pies może mieć problemy behawioralne, zdrowotne, albo być psem pracującym, który jest ''nastawiony'' tylko na właściciela.